Syndrom sztokholmski: Czy to naukowa diagnoza czy medialny mit?
- Syndrom sztokholmski nie jest oficjalnie uznawaną jednostką chorobową ani zaburzeniem psychicznym w klasyfikacjach DSM-5 i ICD-11.
- Termin powstał po napadzie na bank w Sztokholmie w 1973 roku, lecz jego naukowe podstawy są szeroko krytykowane.
- Zachowania ofiar, potocznie przypisywane syndromowi, są w rzeczywistości racjonalnymi strategiami przetrwania i mechanizmami obronnymi.
- W psychologii preferowane są pojęcia takie jak więź traumatyczna (traumatic bonding) czy złożony zespół stresu pourazowego (C-PTSD).
- Zjawisko jest znacznie rzadsze, niż sugerują media, a jego etykietowanie bywa szkodliwe dla osób doświadczających traumy.
Syndrom sztokholmski: Dlaczego poddajemy w wątpliwość jego istnienie?
Zamieszanie wokół syndromu sztokholmskiego jest zrozumiałe. Z jednej strony, jest to termin niezwykle popularny w mediach, często używany do opisu relacji między ofiarą a sprawcą w najróżniejszych kontekstach od porwań, przez przemoc domową, po relacje z toksycznymi partnerami. Z drugiej strony, w środowisku naukowym, psychologii i psychiatrii, pojęcie to budzi spore kontrowersje i nie posiada statusu oficjalnej diagnozy. Niniejszy artykuł ma na celu wyjaśnienie tej rozbieżności i przedstawienie, jak nauka podchodzi do zjawisk, które potocznie określamy mianem syndromu sztokholmskiego.Medialna legenda a naukowe fakty: Skąd bierze się zamieszanie?
Rozbieżność między tym, jak syndrom sztokholmski jest przedstawiany w kulturze masowej, a jego brakiem akceptacji w kręgach naukowych, jest fundamentalna. Media często przedstawiają go jako swoisty, choć niebezpieczny, rodzaj uczucia czy przywiązania, który pojawia się nagle i w sposób irracjonalny. Tymczasem psychologia i psychiatria widzą w podobnych zachowaniach raczej złożone mechanizmy obronne i strategie przetrwania, które rozwijają się w ekstremalnych warunkach. Ta właśnie różnica w postrzeganiu jest punktem wyjścia do naszej analizy, która ma na celu demistyfikację tego popularnego pojęcia.
Prawdziwe cierpienie, myląca etykieta: Wprowadzenie do kontrowersji
Niezależnie od tego, czy używamy terminu "syndrom sztokholmski", czy innych, bardziej naukowych określeń, cierpienie ofiar przemocy i porwań jest absolutnie autentyczne. Jednakże etykieta "syndrom sztokholmski" bywa myląca i nieadekwatna, ponieważ często sprowadza złożone reakcje psychologiczne do prostego, sensacyjnego opisu. Wprowadzając czytelnika w kontrowersje związane z tym pojęciem, chcemy podkreślić, że patologizowanie naturalnych reakcji na ekstremalny stres jest nie tylko nieprecyzyjne, ale może być również szkodliwe dla osób, które doświadczyły traumy.
Geneza mitu: Jak napad na bank w 1973 roku zdefiniował pojęcie na dekady?
Historia, która dała początek terminowi "syndrom sztokholmski", wydarzyła się w Szwecji. W sierpniu 1973 roku czterech przestępców dokonało napadu na bank Kreditbanken przy placu Norrmalmstorg w Sztokholmie. Wzięli czterech zakładników trzy kobiety i jednego mężczyznę których przetrzymywali przez sześć dni. W trakcie tego dramatycznego oblężenia, ku zdumieniu opinii publicznej i policji, zakładnicy zaczęli wykazywać nietypowe zachowania. Zamiast okazywać strach i nienawiść wobec porywaczy, nawiązali z nimi pewną formę relacji. Po uwolnieniu bronili swoich oprawców, odmawiali składania przeciwko nim zeznań, a nawet twierdzili, że czuli się bezpieczniej w ich towarzystwie niż w obecności policji. Te niezwykłe reakcje stały się podstawą do stworzenia nowego pojęcia.
Rola mediów i kryminologa Nilsa Bejerota w narodzinach "syndromu"
Termin "syndrom sztokholmski" został ukuty przez szwedzkiego kryminologa i psychiatrę Nilsa Bejerota. Bejerot, który był doradcą policji podczas negocjacji z porywaczami, analizował sytuację i na podstawie doniesień medialnych oraz policyjnych stworzył koncepcję opisującą tę specyficzną więź emocjonalną między ofiarą a sprawcą. Jego diagnoza, choć błyskotliwa i chwytliwa, opierała się jednak w dużej mierze na interpretacji zachowań zakładników przez pryzmat dostępnych informacji, a nie na dogłębnych, bezpośrednich badaniach psychologicznych samych ofiar. To właśnie ta medialna narracja, podjęta przez dziennikarzy, ugruntowała pojęcie w świadomości społecznej na dekady.Co tak naprawdę czuli zakładnicy? Pierwsze sygnały niezrozumienia
Już wtedy pojawiały się głosy sugerujące, że pierwotna interpretacja zachowań zakładników mogła być nadmiernie uproszczona. Czy to, co zostało nazwane "syndromem", było faktycznie patologicznym przywiązaniem, czy raczej wyrafinowaną strategią przetrwania w sytuacji ekstremalnego zagrożenia? Możliwe, że zakładnicy, czując się całkowicie bezsilni i zależni od woli porywaczy, nieświadomie próbowali zyskać ich sympatię, by zwiększyć swoje szanse na przeżycie. Okazywanie im empatii, zrozumienia, a nawet współczucia mogło być dla nich jedynym sposobem na zmniejszenie napięcia i potencjalnego ryzyka eskalacji przemocy. Te pierwsze sygnały sugerowały, że za pozornie irracjonalnymi zachowaniami kryją się głębsze, psychologiczne mechanizmy.
Główne założenia, czyli co potocznie rozumiemy przez "syndrom sztokholmski"?
- Pozytywne uczucia ofiary wobec oprawcy (sympatia, współczucie, a nawet miłość).
- Pozytywne uczucia oprawcy wobec ofiary (choć rzadziej podkreślane).
- Wspieranie oprawcy przez ofiarę, np. poprzez odmawianie składania zeznań lub aktywne bronienie jego działań.
- Nawiązanie więzi emocjonalnej, która jest sprzeczna z racjonalną oceną sytuacji i zagrożenia.
- Przekonanie, że oprawca jest jedyną osobą, która może ofiarze pomóc lub zapewnić jej bezpieczeństwo.
Czas na werdykt: Czy syndrom sztokholmski istnieje w oficjalnej psychiatrii?
Odpowiedź na kluczowe pytanie brzmi: nie. Syndrom sztokholmski nie jest uznawany za oficjalną jednostkę chorobową ani zaburzenie psychiczne w żadnej z głównych międzynarodowych klasyfikacji diagnostycznych. Nie znajdziemy go ani w amerykańskim podręczniku diagnostycznym Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders (DSM-5), ani w międzynarodowej klasyfikacji chorób i problemów zdrowotnych Światowej Organizacji Zdrowia (ICD-11).
Przegląd klasyfikacji DSM-5 i ICD-11: Dlaczego nie znajdziemy w nich tej diagnozy?
Brak syndromu sztokholmskiego w DSM-5 i ICD-11 wynika z kilku kluczowych powodów, które są powszechnie akceptowane w środowisku naukowym. Przede wszystkim, brakuje wystarczających, rzetelnych badań naukowych, które jednoznacznie potwierdzałyby istnienie syndromu jako odrębnego zaburzenia. Koncepcja ta powstała na bazie jednego, specyficznego zdarzenia i nie została poparta szerokimi badaniami klinicznymi, które pozwoliłyby na stworzenie spójnych, mierzalnych kryteriów diagnostycznych. W efekcie, zjawisko to pozostaje konstruktem bardziej medialnym niż naukowym.
Brak spójnych kryteriów diagnostycznych: Największa naukowa przeszkoda
To właśnie brak spójnych kryteriów diagnostycznych jest największą przeszkodą w uznaniu syndromu sztokholmskiego za formalne zaburzenie. Aby dana jednostka mogła zostać wpisana do klasyfikacji medycznej, musi być jasno zdefiniowana, mierzalna i odróżnialna od innych stanów. W przypadku syndromu sztokholmskiego, kryteria są niejasne i często nakładają się na inne znane mechanizmy psychologiczne. Co więcej, zachowania przypisywane syndromowi mogą być manifestacją różnych stanów, w zależności od indywidualnej historii i kontekstu sytuacji. Ta niejednoznaczność sprawia, że syndrom sztokholmski nie spełnia podstawowych wymogów stawianych nowym diagnozom.
Głosy ekspertów: Dlaczego środowisko naukowe odrzuca tę koncepcję?
Większość ekspertów w dziedzinie psychologii i psychiatrii zgadza się co do tego, że syndrom sztokholmski jest konstruktem medialnym i pop-psychologicznym. Używanie tej etykiety często prowadzi do patologizowania naturalnych strategii przetrwania, które są racjonalnymi, choć nieświadomymi, reakcjami na ekstremalny stres. Zamiast skupiać się na tym, jak ofiary radzą sobie w beznadziejnej sytuacji, termin ten sugeruje, że dzieje się z nimi coś "chorego". Dlatego też środowisko naukowe preferuje analizę tych zachowań w ramach bardziej ugruntowanych koncepcji teoretycznych.
Jeśli nie syndrom, to co? Jak nauka tłumaczy zachowanie ofiar?
Skoro syndrom sztokholmski nie jest uznawany przez naukę, jak zatem psychologia i psychiatria wyjaśniają złożone zachowania ofiar, które bywają do niego przypisywane? Perspektywa naukowa przesunęła się z prób nazwania i sklasyfikowania "syndromu" na zrozumienie mechanizmów leżących u podstaw tych reakcji. Zamiast patologizować, skupiamy się na racjonalnych strategiach przetrwania i nieświadomych procesach obronnych, które aktywują się w obliczu traumy.
Więź traumatyczna (traumatic bonding): Klucz do zrozumienia relacji kat-ofiara
Jednym z najczęściej stosowanych i najlepiej udokumentowanych naukowo pojęć, które wyjaśnia dynamikę relacji ofiara-sprawca, jest więź traumatyczna (ang. traumatic bonding). Jest to silna więź emocjonalna, która tworzy się w wyniku cyklicznego wzorca nadużycia, przeplatanego okresami "dobroci", nagród lub chwilowego spokoju. Taka dynamika, charakteryzująca się nieprzewidywalnością i intensywnymi emocjami, może prowadzić do głębokiego przywiązania ofiary do sprawcy, który staje się źródłem zarówno bólu, jak i paradoksalnie ulgi. Więź traumatyczna jest powszechna nie tylko w przypadkach porwań, ale także w przemocy domowej, relacjach z narcyzami, w zespołach sekt czy w kontekście mobbingu w pracy.
Identyfikacja z agresorem jako potężny mechanizm obronny
Psychologia, zwłaszcza w nurcie psychoanalitycznym, od dawna opisuje identyfikację z agresorem jako jeden z nieświadomych mechanizmów obronnych. W sytuacji ekstremalnego zagrożenia, gdy ofiara czuje się całkowicie bezsilna i zależna od sprawcy, nieświadomy umysł może próbować odzyskać poczucie kontroli poprzez przejęcie cech lub postaw agresora. Jest to próba internalizacji jego siły i władzy, aby zmniejszyć lęk i poczucie zagrożenia. Ofiara może zacząć myśleć jak sprawca, usprawiedliwiać jego działania lub nawet przyjmować jego punkt widzenia, co jest strategią mającą na celu przetrwanie, a nie oznaką patologii.Rola złożonego zespołu stresu pourazowego (C-PTSD) w wyjaśnianiu reakcji na traumę
W przypadkach długotrwałej i powtarzalnej traumy, takich jak te, które mogą prowadzić do rozwoju więzi traumatycznej, lepiej sprawdzają się diagnozy związane z złożonym zespołem stresu pourazowego (ang. Complex Post-Traumatic Stress Disorder, C-PTSD). C-PTSD, w przeciwieństwie do klasycznego PTSD, rozwija się w wyniku chronicznego narażenia na traumę, często w relacjach interpersonalnych. Objawy C-PTSD mogą obejmować trudności z regulacją emocji, zaburzenia tożsamości, problemy w relacjach, a także zniekształcony obraz siebie i sprawcy. Wiele zachowań, które bywały przypisywane syndromowi sztokholmskiemu takich jak trudność w opuszczeniu oprawcy, poczucie zależności, czy idealizowanie sprawcy jest lepiej wyjaśnionych w kontekście C-PTSD.
Demaskujemy najczęstsze mity i nieporozumienia
Popularność terminu "syndrom sztokholmski" sprawiła, że narosło wokół niego wiele mitów i nieporozumień. Rozprawienie się z nimi jest kluczowe dla zrozumienia, dlaczego tak ważne jest, by opierać się na naukowych wyjaśnieniach, a nie na uproszczonych medialnych narracjach. Poniżej przedstawiamy kilka najczęstszych błędnych przekonań dotyczących tego zjawiska.
Mit 1: "To bardzo częste zjawisko" co mówią statystyki FBI?
Jednym z najczęściej powtarzanych mitów jest przekonanie o powszechności syndromu sztokholmskiego. W rzeczywistości, badania przeprowadzone przez FBI i innych specjalistów zajmujących się porwaniami wskazują, że zachowania przypisywane syndromowi sztokholmskiemu występują u bardzo niewielkiego odsetka ofiar. Szacuje się, że dotyczy to zaledwie 5-10% przypadków. Oznacza to, że w większości sytuacji porwań, zakładnicy nie rozwijają pozytywnych uczuć wobec swoich oprawców. Popularność tego mitu wynika prawdopodobnie z faktu, że medialnie nagłaśniane są właśnie te niezwykłe przypadki, tworząc wrażenie, że jest to zjawisko powszechne.
Mit 2: "Ofiara jest zakochana w oprawcy" czym jest naprawdę ta "miłość"?
Często słyszymy, że ofiara "kocha" swojego oprawcę. Jest to ogromne uproszczenie i nadużycie emocjonalne. To, co bywa mylnie interpretowane jako miłość romantyczna, jest w rzeczywistości złożoną reakcją psychologiczną, która ma na celu przetrwanie. Może to być przejaw więzi traumatycznej, gdzie ofiara uzależnia się od sprawcy jako jedynego źródła uwagi, nadziei lub nawet chwilowego bezpieczeństwa. Może to być również efekt identyfikacji z agresorem, czy po prostu próba nawiązania jakiejkolwiek ludzkiej relacji w sytuacji całkowitej izolacji i zagrożenia. Nie jest to jednak miłość w potocznym rozumieniu tego słowa, lecz raczej skomplikowany mechanizm obronny lub strategia radzenia sobie z traumą.
Mit 3: "Dotyczy to tylko porwań" gdzie jeszcze tworzą się więzi traumatyczne? (przemoc domowa, mobbing, sekty)
- Przemoc domowa: Cykliczny charakter przemocy, gdzie okresy agresji przeplatają się z fazami "miodowego miesiąca", prowadzi do silnego przywiązania ofiary do sprawcy.
- Mobbing w pracy: Długotrwałe nękanie, poniżanie i izolowanie pracownika przez przełożonego lub współpracowników może prowadzić do rozwoju podobnych mechanizmów, gdzie ofiara zaczyna wątpić we własne kompetencje i czuć się zależna od mobbera.
- Relacje w sektach: Liderzy sekt często stosują techniki manipulacji i kontroli, które prowadzą do powstania silnej więzi między członkami a przywódcą, gdzie podważanie jego autorytetu jest nie do pomyślenia.
- Związki z osobami uzależnionymi lub z zaburzeniami osobowości: W takich relacjach często występuje wzorzec idealizacji i dewaluacji, który sprzyja tworzeniu się więzi traumatycznej.

Koniec z etykietą: Dlaczego nazywanie tego "syndromem" jest szkodliwe dla ofiar?
Używanie terminu "syndrom sztokholmski" do opisu zachowań ofiar, choć może wydawać się intuicyjne i medialnie atrakcyjne, niesie ze sobą poważne konsekwencje. Zamiast pomagać w zrozumieniu i leczeniu, często pogłębia cierpienie osób, które już przeszły przez traumatyczne doświadczenia. Jest to etykieta, która zamiast wspierać, może ranić i stygmatyzować.
Patologizowanie naturalnych reakcji obronnych
Głównym zarzutem wobec terminu "syndrom sztokholmski" jest to, że patologizuje on naturalne, choć nieświadome, reakcje obronne ofiar na ekstremalny stres. W sytuacji zagrożenia życia, ludzki organizm i psychika uruchamiają mechanizmy mające na celu przetrwanie. Identyfikacja z agresorem, próba nawiązania kontaktu, czy nawet próba zrozumienia motywacji sprawcy to wszystko może być sposobem na zmniejszenie lęku i odzyskanie choćby iluzorycznego poczucia kontroli. Nazywanie tych strategii "syndromem" sugeruje, że ofiara jest "chora" lub "dziwna", zamiast uznać jej zachowania za racjonalną odpowiedź na nienormalną sytuację.
Ryzyko obwiniania ofiary (victim blaming) i podważania jej doświadczeń
Stosowanie etykiety "syndrom sztokholmski" otwiera drzwi do zjawiska znanego jako victim blaming, czyli obwiniania ofiary. Gdy zachowania ofiary są określane jako "syndrom", łatwo jest sugerować, że sama jest sobie winna swojej sytuacji, że jej reakcje są niewłaściwe lub że "sama się o to prosiła". Może to prowadzić do podważania jej doświadczeń, braku wiary w jej relację, a nawet do odrzucenia jej jako osoby. Dla ofiary, która już doświadczyła ogromnej traumy, takie reakcje otoczenia mogą być druzgocące i utrudniać proces zdrowienia.
Jak prawidłowo mówić o doświadczeniach ofiar, by okazać im wsparcie?
Kluczowe jest, aby zamiast używać sensacyjnych etykiet, skupić się na empatii, zrozumieniu i naukowych wyjaśnieniach. Zamiast mówić o "syndromie sztokholmskim", powinniśmy używać terminów takich jak więź traumatyczna, mechanizmy obronne, czy skutki długotrwałej traumy. Ważne jest, aby podkreślać, że zachowania ofiar są próbą przetrwania w ekstremalnych warunkach, a nie oznaką słabości czy choroby psychicznej. Należy okazywać wsparcie, słuchać bez oceniania i kierować ofiary do specjalistów, którzy pomogą im przepracować traumę i odbudować poczucie własnej wartości.
Wnioski: Czy syndrom sztokholmski istnieje? Podsumowanie w trzech punktach
- Syndrom sztokholmski nie jest oficjalnie uznawanym zaburzeniem psychicznym ani jednostką diagnostyczną w klasyfikacjach DSM-5 i ICD-11.
- Zachowania potocznie określane jako "syndrom sztokholmski" są lepiej wyjaśniane przez naukowe koncepcje takie jak więź traumatyczna, mechanizmy obronne (np. identyfikacja z agresorem) oraz złożony zespół stresu pourazowego (C-PTSD).
- Używanie terminu "syndrom sztokholmski" jest często szkodliwe, ponieważ patologizuje naturalne reakcje przetrwania ofiar i może prowadzić do ich obwiniania (victim blaming), zamiast okazywania im wsparcia i zrozumienia.
